Urlop – piękna sprawa! Człowiek czeka na niego calusieńki, okrąglusieńki rok, planując, planując, planując… Siedząc bezpiecznie w ciepełku kaloryferów, roztacza przed samym sobą śmiałe wizje, które rozgrzewają go nie gorzej, niż wypełnione gorącą wodą żeberka: a może Malediwy? Albo Hiszpania? Grecja? Ha! Czemu nie Hawaje?! W końcu urlop to urlop – ma być pięknie, ma być egzotycznie, ma… nie być tak, ostatnio.

No właśnie. Zazwyczaj – gdy przychodzi do ustalania konkretów – rozmach wakacyjnych planów straszliwie się kurczy i ma mniej więcej taki zasięg, jak kiwnięcie małego palca od stopy, obsznurowanej solidnym obuwiem. Bowiem śmiałe plany to jedno, a ich realizacja – to drugie. No bo jeśli w tych planach człowiek musi uwzględnić najbliższą rodzinę, czyli: żonę/męża, dziecko/dzieci, kota, psa, rybki – i akwarium… No to dobrze być nie może.

Wszystko, rzecz jasna, rozbija się o pieniądze! Gdyby człowiek miał ich całe mnóstwo, to wynająłby jakiegoś tam Dreamlinera i z całym dobytkiem (to akwarium jednak zajmuje trochę przestrzeni…) przeleciałby w mgnieniu oka w hawajskie tropiki. A tak? Nie dość, że musi się wcisnąć z niezbędnym bagażem (i akwarium) do wysłużonego kombi, to jeszcze te Hawaje wypadają ździebełko za drogo i trzeba szukać czegoś bliżej.

Pół biedy, gdy stać człowieka na dobry pensjonat, stołowanie się w restauracjach czy innych jadłodajniach. Gorzej, gdy gotówka, którą dysponuje, ledwo pokryje koszty pola namiotowego, a całe jedzenie trzeba zabrać ze sobą, bo wakacyjne ceny w miejscowościach wczasowych są zaporowe. O lodach i gofrach – 12 zł za sztukę! – nawet nie ma co wspominać.

Człowiek jednak odporny jest – lata praktyki życia od 1-go do 15-go zrobiły swoje – zatem pakuje się w to kombi i pełen wiary we własną pomysłowość (omijać gofry i lody, omijać gofry i lody…) – rusza ODPOCZĄĆ. W końcu ma urlop.

I pewnie wszystko by się udało, gdyby:

- namiot znów nie przeciekał, bo pogoda załamała się w sposób wielce widowiskowy (i na nic pocieszenie, że rzeczy WSZYSTKICH urlopowiczów z pola namiotowego popłynęły do pobliskiej rzeczki);

- żona zagroziła rozwodem, bo kolejny rok spędza wczasy jak przedstawiciel najniższej warstwy społecznej, podczas gdy ta Jola z pracy wygrzewa się na włoskich plażach,

- dzieci jakimś cudem jednak zwietrzyły te koszmarnie drogie smakołyki…

- i w związku z tym zabrakło gotówki na benzynę, zatem powrót do domu był wielce problematyczny…

Wakacje, wyczekany urlop… Hm. Człowiek po powrocie do pracy niemal całuje na powitanie swoje stanowisko, bo wreszcie nic mu nie zalewa głowy ani jej nie suszy – groźbami (rozwodowymi) i prośbami (o forsę na lody). I pewnie wszystko byłoby dobrze, gdyby taki stan zachwytu utrzymał się w człowieku na dłużej. A tymczasem nadchodzi zima – a człowieka nachodzą sentymenty, bo lato, słońce, woda… I znów zamiast przytomnego: „Urlop? Nie, dziękuję!!!” – człowiek sobie roi: Wenecja? Rzym? A może Paryż?…