Jesteś rodzicem. Rozpiera cię radość z dzieła stworzenia ;) , troszczysz się o malucha, pielęgnujesz go, lulasz i nosisz całymi nocami, gdy ma kolki – a wszystko z uśmiechem na ustach. No, prawie wszystko, bo to ząbkowanie, te dyskusje z dwulatkiem, dla którego ‚nie, bo nie’ jest doskonałą odpowiedzią na wszystko… te bójki na śmierć i życie z przygodnym dzieckiem o łopatkę w piaskownicy… No, czyli prawie wszystko. ;)

A potem z uśmiechem na twarzy zaczynasz wraz z dzieckiem odkrywać świat. To jest auto, a to piesek – i piesek mówi ‚hau, hau’. Tak się trzyma łyżeczkę – i tak właśnie kaszka powinna lądować w buzi (a nie na pobliskiej ścianie). Dużo tego jest, a w miarę rozwoju dziecka pojawia się jeszcze więcej. Im starsze i mobilniejsze dziecko, tym większy staje się świat, który ty, dumny i blady z przejęcia rodzicu, chcesz mu pokazać i ‚oswoić’.

I pewnego dnia wpadasz na pomysł, że trzeba pojechać na wycieczkę! Przecież tak fajnie by było, gdyby twój słodki i ciekawy świata maluch pojeździł na kucyku, zobaczył słonia na żywo, poganiał chwilę za kurami w mini-zoo czy wdrapał się na grzbiet dinozaura w jednym z popularnych dino-parków. Fajnie, prawda?

I tu zaczyna się robić ‚ciekawie’. Ty do samochodu, dziecko w ryk. Bo dziś nie ma ochoty siedzieć przymurowane do swojego fotelika (bo gorąco albo ‚bo nie’). A jeśli już siedzi w samochodzie – i właśnie jedziecie autostradą, to ono chce siku/kupę (albo jedno i drugie jednocześnie). Chce jeść i pić, a wszystko już ‚wyszło’, nie chce spać – albo chce, ale nie może na siedząco. Nudzi się, ale nie poogląda książeczki ani nie pogra w ‚kto pierwszy zobaczy… (i tu należy się umówić: traktor, tira, krowę)… Dziecko – zamiast okazać wdzięczność za twój wysiłek, zaczyna czepiać się wszystkiego i „a daleko jeszcze… a po co mnie zabrałeś z domu… w nosie mam dinozaury i inne kolejki wąskotorowe, które chcesz mi pokazać. Bo ‚nie’ i już”.

Atmosfera podczas wycieczkowej wyprawy z dzieckiem bywa gęsta.

Oczywiście – najczęściej podczas zwiedzania świata (czyli: przejażdżki kucykiem, kolejką wąskotorową czy spacerowania pomiędzy pradawnymi jaszczurami) dziecko popada w totalny zachwyt i nagle okazuje się, że ów wycieczkowy dzień to „najwspanialszy dzień mojego życia, kocham cię, tatusiu/mamusiu.. a kupisz mi jakąś pamiątkę?” ;)

Gdy wracasz z takiej rodzinnej wycieczki, czując się jak wyżęta ściereczka, obiecujesz sobie: nigdy więcej. I że gdy następnym razem najdzie cię ochota na jakąś wyprawę, przeczekasz ją, podróżując z dzieckiem palcem po mapie. Ale przecież powiedzenie, że podróże kształcą, jest jak najbardziej prawdziwe! Zatem nie zrażaj się i zabieraj malucha na różne wyprawy, by poznawało świat i otaczającą go przyrodę, powiększając w ten sposób bagaż swoich doświadczeń. To najwspanialszy podarek, jaki możesz dziecku ofiarować – będzie z niego korzystać, podróżując samodzielnie przez życie. Zatem – zapnijcie pasy i… szerokiej drogi!